W Afganistanie dostałem ksywkę „Egzekutor”.Spotkanie z Marcinem Ogdowskim w Bibliotece Publicznej w Grójcu

marcin ogdowski male20 września na zaproszenie Dyrektor Kingi Majewskiej do Miejsko-Gminnej Biblioteki Publicznej w Grójcu przybył korespondent wojenny, dziennikarz i pisarz, Marcin Ogdowski, nazywany „pierwszym polskim blogerem wojennym”, który relacjonował konflikty w Afganistanie, Iraku, na Ukrainie i w Syrii.

Urodził się w 1976 roku, pracował w „Nowościach”, „Przeglądzie”, „Super Expressie”, a od 2007 r. w Interia.pl. W latach 2009-2014 prowadził blog „zAfganistanu.pl”, na podstawie którego ukazała się książka „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji” (2011 r.). Jest również autorem dwóch powieści poświęconych Polakom biorącym udział w afgańskiej wojnie – „Ostatni świadek” (2013 r.) i „(Nie)potrzebni” (2014 r.), oraz współautorem albumu pt.: „Polski Afganistan. (Foto)historia największej operacji Wojska Polskiego od czasu II wojny światowej”.

Aktualnie bloguje na bezkamuflazu.pl. Kilkakrotnie doceniano go za przedstawianie wojska i wojny w obiektywny sposób. Jest laureatem m.in. „Zielonej Gruszki” (2011 r.), „Małopolskiego Dziennikarza Roku 2009”, „Proobronnego Dziennikarza 2015 roku”. Odznaczono go Brązowym (2008 r.) i Srebrnym (2010 r.) Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju”.  Od 2013 r. jest dumnym posiadaczem Odznaki Honorowej 6 Brygady Powietrznodesantowej, nagrody uchodzącej za wojskowy odpowiednik Oskara.

Spotkanie w bibliotece poprowadził Artur Szlis, nauczyciel historii grójeckiego gimnazjum i szkoły podstawowej, zadając zmyślnie i interesująco sformułowane pytania, których odpowiedzi ułożyły się w pewną całość.

Już na wstępie Marcin Ogdowski wskazał na swoje krzyżackie pochodzenie, powiedział również, że jest „toruńczykiem” (żaden prawdziwy mieszkaniec Torunia nie powie, że jest torunianinem). Co ciekawe, wychowywał się w pobliżu poligonu, który był dla niego polem zabaw, nie akceptowała tego tamtejsza żandarmeria, dlatego wielokrotnie przyszło mu przed nią uciekać, niekiedy z marnym skutkiem. I mimo zamiłowania od wczesnych lat dzieciństwa do spraw wojskowych, jak twierdzi, do wojska na pewno by się nie wybrał. „Bo instytucja wojska, przy całym moim można powiedzieć umiłowaniu do armii – powiada Ogdowski – to jednak instytucja, która ma swoją własną hierarchię i trzeba się jej podporządkować. Dziennikarstwo jest trochę lepszym w tym względzie fachem i zawodem.” Zainteresowanie reportera tematyką wojenną ma źródło w opowieściach jego babci, która przeżyła wojnę i chętnie opowiadała wnukowi o realiach wojennych. Później – jak powiada – „ta fascynacja historią poszła w kierunku socjologicznym. Pamiętam kiedyś przeczytałem taki tekst w jednym z tygodników o tym, że w przededniu wybuchu Powstania Warszawskiego nad Wisłą wystawiono ogródki restauracyjne. Wtedy przyszła po raz pierwszy taka świadomość, że podczas wojny ludzie chcą tak organizować swoje życie by miało ono znamiona normalności. I wówczas nastąpiło olśnienie: Kurczę to jest coś, co mnie niesamowicie pasjonuje”. Jak tylko nadarzyła się okazja, żeby tę pasję skonfrontować z rzeczywistością, to z niej skorzystał. Wyjechał do Iraku. Jak twierdzi, zawsze dążył do tego, aby być w samym centrum tego, co tam się dzieje. W ten sposób bycie z żołnierzami przez cały czas, powoduje, że rodzą się więzi niezależne od tego czy jest się żołnierzem, czy dziennikarzem. Bycie dziennikarzem – artykułuje dalej – to wystawianie się w większej mierze na cel, bo „jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, ale zabicie zwykłego żołnierza nie było tak efektowne jak zabicie dziennikarza”.

Ogdowski spędził wiele czasu na poligonach i frontach, i wciąż zdumiewa i fascynuje go fakt, że tak szybko przyzwyczajamy się do bardzo nieprzyjemnych doznań. Jako przykład podał sytuację, która miała miejsce pod Mariupolen, otóż będąc na pozycjach armii ukraińskiej trafił pod całonocny ostrzał artyleryjski, „grzmieli właściwie ze wszystkiego co mieli, ładowali w nas przez całą noc” – relacjonuje. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut to było „kulenie się” i czekanie, „zbiegliśmy do jakiejś piwnicy – powiada dalej – i czekaliśmy aż ten sufit się zawali, a mniej więcej po 2 czy 3 godzinach tego ciągłego ostrzału, przyszło właśnie to zobojętnienie i to było w takim momencie, że wziąłem śpiwór, zwinąłem się w kłębek i poszedłem spać”. Jak przyznaje, w kontekście jego zawodowych doświadczeń mieszkanie przy poligonie toruńskim w jakimś stopniu mu pomogło. Od dziecka był przyzwyczajony do tego, że w oknach drżą szyby i słychać wybuchy.

W Afganistanie dostał ksywkę „Egzekutor”. „Kiedyś usłyszałem od minojskiego urzędnika, żeby pisać prawdę, a nie jak jest, a ja pisałem jak jest, a nie prawdę – relacjonuje Ogdowski – i zawsze pisałem nie szczególnie przejmując się tym, jak zostanie odebrane przez najwyższych rangą urzędników i generałów”.

W dalszej kolejności reporter podjął problem syndromu Nangar Khel (incydent w Afganistanie, w wiosce Nangar Khel miał miejsce 16 sierpnia 2007r., gdzie znajdowała się Jednostka Wojskowa 4814 "W" Wojska Polskiego. Żołnierze polscy przeprowadzili ostrzał, w wyniku którego śmierć poniosło sześć osób, trzy zostały ciężko ranne. W efekcie sprawa trafiła do Sądu). W konsekwencji, żołnierze przebywający na misjach zaczęli bać się używać broni z obawy o sprawę w prokuraturze. Sytuacje te zaowocowały amerykańską opinią o nieudolności polskiego dowództwa. Ponadto, jak zauważa reporter, efekt działalności rosyjskich służb specjalnych napędzał falę nienawiści wobec naszych żołnierzy. Incydent z udziałem polskich żołnierzy w Nangar Khel było inspiracją do napisania powieści „Ostatni świadek”, na okładce której czytamy:  "[...] po raz pierwszy w historii najtrudniejszej "misji stabilizacyjnej" w dziejach polskiego wojska Czytelnik ma szansę przekonać się, jak bardzo jego wizja wojny – wykreowana przez prasę, radio i telewizję – różni się od rzeczywistości. Problemy wojskowych, kłamstwa polityków i manipulacje dziennikarzy są, niestety, prawdziwe. I tak samo zabójcze, jak podkładane przez talibów bomby".

Kolejna istotna kwestia, na którą zwrócił uwagę Ogdowski, to zespół stresu pourazowego. Cierpią na niego żołnierze powracający z misji do Polski. Niestety, zapomniano o pierwszych zmianach wracających do ojczyzny, były przypadki samobójstw. Wielu z tych żołnierzy odniosło poważne obrażenia: urwana noga, dwie, ręka, część żołnierzy mogła poruszać się tylko na wózku inwalidzkim. Siedmiu na dziesięciu z rannych to niżsi rangą żołnierze, młodzi chłopcy, dwudziestoparoletni... Na tę chwilę system wsparcia wygląda zupełnie inaczej, mamy klinikę psychologiczno-psychiatryczną. Jak podkreśla Ogdowski pamiętać trzeba, że jeśli choruje żołnierz, to choruje też cała rodzina. Często za tym idzie alkoholizm, przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna. W tej chwili mówi się o około dziewięciuset takich przypadkach.

Ukraina nie stanie się częścią swojego dużego sąsiada – tak utrzymuje reporter. To państwo zrujnowane ekonomicznie i cały czas zarządzane przez oligarchów, problemy te powodują, że nie znajdzie się ona w obrębie zachodnich państw, czego obawiali się Rosjanie, wchodząc na wschód Ukrainy. Mamy teraz wojnę informacyjną, w cyberprzestrzeni – deklaruje Ogdowski, którą Rosja prowadzi przeciwko Polsce, przynajmniej już od kilkunastu lat. Cel jest jeden. W tym przypadku chodziło o to, żeby wyalienować Ukraińców, którzy szukali wsparcia w  Europie. Polacy przez długi czas to wsparcie w wymiarze moralnym im zapewniali, co przekładało się na działalność naszych polityków, którzy zgodzili się na sprzedaż uzbrojenia (hełmy, kamizelki, mundury) dla Ukrainy. W konsekwencji rosyjskich działań Polacy przestali wspierać mentalnie sąsiadów, Ukraina została pozbawiona kogoś, kogo uważała za ważnego sojusznika. Mechanizmy działania władzy i armii obu stron konfliktu na Ukrainie oraz obraz wojny, relacjonuje Marcin Ogdowski w swojej książce „Uwikłani”, na okładce której czytamy: „Teatr wojenny przysłania zakulisowe rozgrywki polityków, agentów i oligarchów, na skutek których cierpią – jak zawsze – zwykli ludzie i prawda”.

Zapytany przez historyka Artura Szlisa o polskich żołnierzy walczących na Ukrainie, Ogdowski wskazał na obywateli Ukrainy, będących z pochodzenia Polakami i mówiącymi o sobie „per Polak”, oraz o ochotnikach, posiadających polskie paszporty. Tych drugich naliczył kilkanaście, ale spotkał się z szacunkiem, że w największym natężeniu walk wzięło udział 400 Polaków, przy czym większość z nich walczyła po stronie rządowej ukraińskiej, mniejsza – po stronie Donieckiej Republiki Ludowej.

W dalszej kolejności uczestnicy spotkania chętnie podjęli dialog z dziennikarzem. Przywołane przez reportera problemy wyzwoliły wiele pytań od uczestników, min. jak wyglądała aklimatyzacja po powrocie z Afagnistanu czy Iraku, jak dostawał się dziennikarz na teren frontu. Po powrocie z Afganistanu trudno było mu wsiąść do samochodu – jak twierdzi Ogdowski – bo cały czas, zupełnie nieświadomie oglądał się za siebie, czy coś lub ktoś nie leży, czy nie ma jakiejś miny. Ale po pół roku chciał już tam wracać. Żeby dostać się na teren frontu trzeba uzyskać akredytację od naszego Ministerstwa Obrony i NATO, zostać przypisanym do konkretnego wojskowego oddziału.

Na zakończenie tego zajmującego spotkania można było zakupić książki autora, otrzymać imienną dedykację oraz zrobić wspólne zdjęcie. Spotkanie uświetniło i wzbogaciło ok. 250 zdjęć, które powstały w Iraku, Afganistanie i na Ukrainie, na przełomie lat 2007-2016.  Były to  zdjęcia Marcina Ogdowskiego bądź jego kolegów fotoreporterów, którzy tam pracowali.

Katarzyna Gaczyńska (Rdzanek)

marcin ogdowski zdjecie z dyrektorem biblioteki i prowadzacym spotkanie

marcin ogdowski zdjecie z pracownikiem biblioteki